Czołem!
Liczących na to, że opowieść będzie mrożąca krew w żyłach, muszę rozczarować - na szczęście nie będzie.
Wczoraj jakoś tak podczas jazdy przyszło mi do głowy próbne hamowanie przy większej prędkości, ot tak żeby zobaczyć jak się maszyna w takiej sytuacji zachowuje, czy nie ściąga itede. Nie to, żeby był jakiś problem - samo zachowanie hamulców do tej pory nie wzbudzało żadnych podejrzeń - łapały gładko, równo i mocno, z przodu zmienione klocki w zeszłym roku, z tyłu komplet niedawno, przewody giętkie też za mojej kadencji, płynu nie ubywa itd. Droga prosta, pusta, w miarę równa i asfaltowa. Rzuciłem okiem w lusterko i przy prawie 100km/h pocisnąłem zdecydowanie hamulec. Rozległo się krótkie łupnięcie i zniosło samochód krótkim skokiem w lewo. Odpuściłem na momencik i natychmiast kontynuowałem hamowanie - reakcja na hamulec była słabsza i ściągało w lewo, a do tego stukało regularnie.
Powróciłem do domu bez większych problemów (było niedaleko, a i stukać jakby przestało
![[zlosnik]](./images/smilies/zlosnik.gif)
). Po zbadaniu sprawy okazało się, że tarcza hamulcowa zerwała się po obwodzie w taki sposób, że ta część walcowa, którą mocuje się śrubami, odpadła od tej właściwej tarczy hamującej. Generalnie winna jest korozja i wiek elementu... Mogę mieć tylko głupią satysfakcję, że już od jakiegoś czasu miałem zamiar zmienić tarcze z przodu, no i że mam zwyczaj czasami urządzać takie próbne hamowania. W porównaniu z ewentualnym hamowaniem w panice (z innym autem/pieszym rosnącym w przedniej szybie) to i tak był pryszczyk, a nie porządne "heblowanie".
