To miała być krótka wycieczka, jazda z punktu A do B a następnie z B do A... W zasadzie cel został osiągnięty, ale sposób, w jaki to zrobiliśmy zahacza już o sporty ekstremalne.
Z Warszawy wyjechaliśmy w 4 osoby, jechaliśmy ma zawody, turbogolfa organizowane przez snickersa (jak zdobędę jakieś fotki to podeśle - w zawodach wziął udział m.in. mercedes 114/115).
Zakładałem, że trasa będzie prosta: w Jankach skręcić w prawo, cały czas prosto i powinienem wylądować prawie na miejscu. Jednak pod naporem pasażerów, którym wydawało się, że lepiej będzie kierować się na Kraków, skręciłem w Jankach w lewo. Oczywiście taką trasę trzeba było skorygować, więc postanowiliśmy pojechać przez Grójec. W Grójcu zgubiliśmy drogę, gdzie brakowało kierunkowskazów na jakieś większe miejscowości. Drogę wskazali nam panowie o dość szerokich karkach. Dostałem informacje, że powinienem kierować się na Końskie, (którego nie było na mapie) i że będę przejeżdżał przez rodzinną miejscowość Pudziana. Tak więc mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że byłem w rodzinnej miejscowości siłacza - jednak do tej pory nie wiem, która to miejscowość
Gdy już wróciłem na właściwą trasę, okazało się że pedał gazu nie odbija tak jak należy. Było to jednak w granicach tolerancji i nie zagrażało specjalnie zdrowiu i życiu, więc nie przejmowałem się tym. Niestety, po pewnym czasie pedał gazu całkiem wpadł w podłogę a obroty silnika zaczęły spadać. Ręczne wyciągnięcie pedału z podłogi nic nie dało, musiałem zatrzymać się na poboczu drogi szybkiego ruchu (a może to była autostrada? Nie wiem

). Prawdopodobnie najpierw urwała się sprężynka z prawej strony silnika, która odciąga bolec sterujący dostarczaniem paliwa do silnika (nie wiem jak to fachowo się nazywa). Gdy zrobiły się luzy, z powodu braku jednej sprężynki wypadła druga, po lewej stronie silnika, dbająca o właściwe położenie pedału gazu, co z kolei spowodowało, że spadł wodzik bezpośrednio łączący się z bolcem sterowania dopływu paliwa (ciekawe czy ktoś zrozumie mój pseudotechniczny bełkot). Wodzik spadł, ponieważ był mocowany przy pomocy zawiasów kulowych. Zawiasy miały duże luzy i trzymały się jedynie dzięki napięciu sprężyn...
Stojąc na poboczu założyłem zapasową sprężynę od strony dopływu paliwa oraz założyłem wodzik. Niestety silnik nie chciał odpalić... Pech skumulowany! Akumulator ok, silnik ok, bezpieczniki sprawdziłem, rozrusznik opukałem, kablami od akumulatora poruszałem (w razie gdyby coś w środku się połamało) i nic. Telefon do przyjaciela. Okazało się, że mój diesel, jako że jest dość leciwy ma jakiś łańcuch, który pozwala na to, aby go odpalić na pych... Udało się - pełnia szczęścia!
Pojechałem dalej pamiętając, aby przypadkiem gdzieś po drodze nie gasić silnika....
W Katowicach trafiliśmy na roboty drogowe... W zasadzie większą część drogi przez centrum pokonaliśmy objazdami dróg, które początkowo planowaliśmy. Czasami, gdy nie jechaliśmy objazdem z powodu robót drogowych to jechaliśmy... objazdem objazdu

Mam złe wspomnienia z tego miasta. Zauważyłem, że ludzie mieli niezły ubaw, gdy dojeżdżając do świateł zgasł mi silnik. Akcja była zorganizowana i trwała mniej niż 5s: samochód się zatrzymał, wyskoczyło trzech chłopaków, odpalili samochód na pych i pojechaliśmy dalej
Pierwszą część trasy udało się pokonać. O zawodach w Chorzowie nie będę pisać, bo pewnie niewiele osób jest tym zainteresowanych (później pewnie zapodam jakieś fotki)
Przyszedł czas powrotu do wawy, samochód odpaliliśmy na pych i ruszyliśmy...
Niestety wypadł nam kolejny nieplanowany postój... Złamała się ostatnia sprężyna. Chwila na zastanowienie i ruszyliśmy dalej... ze sprężynką od długopisu pod maską

Czułem się jakbym miał auto z tempomatem. Samochód jechał z prędkością ok 120-140km/h, kiedy ja nie dotykałem pedału gazu. Problem polegał na tym, że hamowanie mogło się odbywać jedynie na zasadzie: sprzęgło + hamulec, kiedy silnik kręcił na najwyższych obrotach. Udało się przejechać kilkadziesiąt kilometrów w ten sposób, jednak po jakimś czasie zjechałem na stacje benzynową, aby poszukać lepszego rozwiązania, tym bardziej, że spodziewałem się, że niedługo będę musiał stać na jakichś światłach...
Na stacji benzynowej założyłem dodatkową sprężynkę od długopisu. W sklepie nie znalazłem żadnego substytutu sprężyny

Z pomocą przyszedł mój kumpel, który wykombinował, że można zamiast kolejnych sprężynek, które niewiele dawały (te z długopisów są zbyt miękkie) wyciągać pedał gazu z podłogi za pomocą dwóch połączonych smyczy
Wyjeżdżając ze stacji benzynowej widziałem kierunkowskaz: "Warszawa 71" - tak, więc przejechałem ponad 70 km kierując jedną ręką, drugą natomiast wyciągając pedał gazu z podłogi a wszystko przy prędkościach 100-150km/h
Będąc już w Warszawie spotkałem zielonego merca na rondzie zawiszy, o którym pisałem już w innym wątku ("kogo dziś widziałem..."), a następnie pojechałem odwieźć kumpla do domu. Oczywiście, gdy wracałem do swojego domu samochodzik zbuntował się po raz kolejny i zarazem ostatni tamtego dnia. Pedał gazu znowu odłączył się od silnika. Musiałem zatrzymać się w na Alei Prymasa Tysiąclecia w miejscu gdzie droga wygina się w charakterystyczną "eske" w okolicach gen. Maczka. Na szczęście silnik mi nie zgasł a ja znalazłem się na zewnętrznym pasie zakrętu. Szybko otworzyłem maskę i po ciemku odszukałem zerwane połączenie (lekko parząc sobie palce o rozgrzany pracujący silnik).
Najbliższa planowana trasa to z domu do mechanika po rozrusznik i sprężynki
