MB/8 Club Poland - Klub i forum miłośników samochodów Mercedes-Benz

Forum dyskusyjne klubu właścicieli i miłośników samochodów marki Mercedes-Benz
Dzisiaj jest czw wrz 19, 2019 7:33 pm

Strefa czasowa UTC+02:00




Nowy temat  Odpowiedz w temacie  [ Posty: 72 ]  Przejdź na stronę Poprzednia 1 2 3 4 5 Następna
Autor Wiadomość
Post: śr kwie 25, 2012 1:43 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
W drodze do Księcia Sprawiedliwego

Potężny zamek księcia Sprawiedliwego, zbudowany na wysokiej górze, był widoczny z daleka. Prowadziła do niego trudna, wąska droga wśród skał i rozpadlin. Mimo to od czasu do czasu przybywał na zamek jakiś poddany, bo książę sam rozstrzygał wszelkie spory. Każdego dnia już o wschodzie słońca władca wychodził na wieżę. Ogarniał wzrokiem swoje księstwo i patrzył bacznie, czy ktoś nie zmierza w kierunku zamku i czy czasem nie trzeba mu wysłać rycerza, który pomógłby mu bezpiecznie przebyć trudną drogę.
Pewnego dnia książę zobaczył w dali tak dziwny widok, że aż wychylił się przez okienko wieży. Do podnóża góry zmierzał człowiek, który cały był obwieszony jakimiś rurkami. Uginał się pod ich ciężarem. Mniejsze trzymał pod pachą, większe przytroczone miał do ramion. Rurki, przesuwając się raz na jedną, raz na drugą stronę, wyraźnie utrudniały mu wędrówkę. Nagle jedna z rurek wysunęła się. Okazało się, że był to długi zwój pergaminu. Człowiek zaplątał się w niego i upadł. Po chwili podniósł się, zwinął pergamin i ruszył dalej w drogę. Im jednak był wyżej, tym bardziej przeszkadzały mu przywiązane do ramion zwoje.
Książę przywołał swojego ulubionego rycerza, który zawsze budził się przed świtem, aby mu oddać pokłon.
- Biegnij, proszę, do tego człowieka. Trzeba mu pomóc. Dźwiga jakieś dziwne zwoje… - polecił.
Rycerz zwinnie zbiegł na dół.
- Pomogę ci, bracie. Daj mi parę tych zwojów, bo widzę, że bardzo ci ciążą – rzekł do wędrowca.
- Dziękuję, sam sobie dam radę – wycedził tamten przez zęby.
W tym samym momencie potknął się i gdyby rycerz go nie podtrzymał, zwoje przeważyłyby go i wpadłby w przepaść. Bardzo się przestraszył. Stanął i popatrzył nieco przyjaźniej na rycerza księcia.
- Idę zobaczyć się z księciem. Ludzie mówią, że on jest sprawiedliwy. Te rulony są bardzo ważne. Niestety, okrutnie mi ciążą i wodzą raz na prawo, raz na lewo – przyznał się do swej słabości.
- Co w nich jest tak ważnego, że musisz je ze sobą dźwigać? – zapytał rycerz.
- Ja to? Nic nie rozumiesz? Przecież idę do księcia Sprawiedliwego, a na tych zwojach mam spisane wszystkie krzywdy, których doznałem od jego poddanych – odparł z oburzeniem człowiek.
Stanął gwałtownie, wyciągnął spod pachy jeden zwój i rozwinął go przed oczyma rycerza.
- O, na tym tutaj jest spisane, jak moja sąsiadka mnie prześladuje. Kiedyś, gdy przechodziłem obok jej domostwa, specjalnie nabiła mi wrotami potężnego guza. O mało nie umarłem – mówił zacietrzewiony. – A ten to cała historia mojego ciężkiego życia, bo mam żonę, która stale robi mi na złość. Trzy razy w tygodniu gotuje mi tę samą strawę, choć jej nie lubię… kontynuował, rozwijając drugi zwój.
Nerwowo pokazywał rycerzowi kolejne zwoje i patrzył badawczo, czy rozumie on jego rozgoryczenie. Ten jednak milczał i tylko wyciągnął czarodziejskie lusterko, złapał w nie promień światła i przystawił do pergaminu.
- Popatrz w moje lusterko – poprosił.
Zaskoczony wędrowiec spojrzał w nie i zobaczył siebie, jak przystawia do wrót ucho, aby podsłuchać sąsiadów i sąsiadkę, która specjalnie gwałtownie otwiera wrota i nabija mu guza… Zaczerwienił się i odwrócił głowę.
- Nie bój się, bracie, popatrz, proszę, jeszcze raz – powiedział rycerz.
Tym razem człowiek zobaczył w lusterku, jak sam dziękuje żonie za wspaniałą strawę, bojąc się jej potężnej postury. Żona się cieszy i mówi, że jeśli tak bardzo ją lubi, to znów mu ją ugotuje… Wędrowiec nerwowo zagryzł wargi i nie wiedział, co ma zrobić z trzymanymi w dłoniach zwojami.
- Wyrzuć je, będą ci tylko utrudniać wędrówkę – podpowiedział łagodnie rycerz księcia.
- Dobrze, ale tylko te dwa – zgodził się i nie chciał już rozwijać grubszych zwojów, dźwiganych na plecach.
Ruszyli w dalszą drogę. Kiedy rzemienie obtarły człowiekowi ramiona, zdjął parę zwojów i oddał rycerzowi, aby pomógł mu je nieść. Z mozołem uszli kawałek drogi i zatrzymali się przed wielką rozpadliną. Rycerz dostrzegł strach w oczach wędrowca.
- Usiądźmy, bracie, na skale. Odpocznijmy – zwrócił się do człowieka i zaczął rozwijać trzymane w rękach zwoje. Gdy przystawił do nich lusterko, aby rzucić światło na to, co było tam spisane, człowiek nie wzbraniał się już, aby w nie spojrzeć.
Im wyżej się wspinali i droga stawał się coraz bardziej karkołomna, z tym większą ulgą wędrowiec wyrzucał kolejne „oświetlone” zwoje. Kiedy pozbył się ostatniego, najcięższego zwoju, był już prawie u wrót zamku. Czuł się lekko i mógł odetchnąć pełną piersią. Przystanął, obejrzał się wstecz, a patrząc na przebytą drogę głęboko się zamyślił. W skalnych rozpadlinach zobaczył swej zwoje… Zrobiło mu się wstyd, że chciał je przedstawić księciu Sprawiedliwemu. Odwrócił się, by powiedzieć rycerzowi, że nie jest godny, aby widzieć się z księciem, ale rycerz znikł. Nagle otworzył mu wrota zamku. Książę Sprawiedliwy wyszedł człowiekowi na spotkanie. Nie pytał go o nic, zaprosił go do komnaty, gdzie był już zastawiony stół. Rycerz szedł obok.
- Dziękuję, tajemniczy panie, że pomogłeś mi pokonać drogę i pokłonić się księciu. Kim jesteś, jakie twe imię? – zapytał rycerza wędrowiec.
- Na imię mam Przebaczenie…

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: śr kwie 25, 2012 1:48 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Pewien człowiek wybrał się do lasu, aby znaleźć ptaka, którego chciał wziąć do domu. Znalazł młodego orła, przyniósł go i wsadził do ptasiej zagrody między kury, kaczki i indyki. Dawał mu kurze jedzenie, chociaż był to orzeł, król ptaków.

Po 5 latach odwiedził raz tego człowieka pewien przyrodnik. Gdy szli razem przez dziedziniec, zawołał:
"Ten ptak nie jest przecież kurą, to orzeł!"
"Tak - powiedział właściciel - to się zgadza. Ale ja wychowałem go na kurę. On nie jest już orłem, ale kurą, chociaż jego skrzydła mają 3 metry szerokości."
"Nie, powiedział tamten, on jest jednak orłem, gdyż ma serce orła, które każe mu pofrunąć w górę, w przestrzeń."
"Nie, nie, powiedział ów człowiek, on jest teraz prawdziwą kurą i nigdy nie będzie latał jak orzeł."

Postanowili jednak zrobić próbę. Przyrodnik wziął orła, uniósł go w górę i powiedział z naciskiem:
"Ty, który jesteś orłem, który należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi, rozwiń swoje skrzydła i pofruń!"
Orzeł siedział na wyciągniętej dłoni i oglądał się. Za sobą zobaczył kury dziobiące ziarna i zeskoczył do nich.
Człowiek powiedział: "Mówiłem ci, że to jest kura."
"Nie, powiedział drugi, on jest orłem. Spróbuję jutro drugi raz."
Następnego dnia wszedł z orłem na dach domu, uniósł go i zawołał: "Orle, który jesteś orłem, rozpostrzyj swoje skrzydła i pofruń!"
Ale orzeł znów obejrzał się na grzebiące w ziemi kury, zeskoczył do nich i grzebał razem z nimi.
Wtedy tamten człowiek powiedział: "Mówiłem ci, że to jest kura!"
"Nic, powiedział drugi, on jest orłem i ma ciągle jeszcze serce orła. Pozwól mi jeszcze jeden jedyny raz spróbować; jutro zachęcę go do latania."

Następnego dnia wstał wcześnie rano, wziął orła i wyniósł go z miasta, daleko od domów, do stóp wysokiej góry. Słońce właśnie wschodziło i ozłacalo szczyt góry; wszystkie wierzchołki rozpromieniły się radością uroczego poranka.
Przyrodnik wzniósł orła wysoko i powiedział do niego:
"Orle, ty jesteś orłem. Ty należysz do nieba, a nie tylko do tej ziemi. Rozwiń swoje skrzydła i pofruń!"
Orzeł rozejrzał się, zadrżał cały, jakby weszło w niego nowe życie - ale nie odfrunął. Wtedy przyrodnik odwrócił go tak, że patrzył prosto w słońce. I nagle orzeł rozpostarł swoje potężne skrzydła, wzniósł się z okrzykiem orła, frunął wyżej i wyżej i nie powrócił już nigdy. Był orłem, chociaż został wychowany jak kura i oswojony!

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: czw kwie 26, 2012 9:28 am 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Całe miasteczko znało córkę aptekarza. Mała była dziwna. Nigdy nie widziano jej bawiącej się z innymi dziećmi. Pozornie niczym się nie różniła od dziewczynek w jej wieku, tylko ten poważny, smutny, czasami zawzięty wyraz twarzy…
Od czasu do czasu zwracał uwagę przechodniów, gdy godzinami stała przed wystawą sklepu z zabawkami. Kiedy wybrała już jakąś lalkę, biegła do apteki po swego ojca. On bez słowa protestu kupował jej wymarzoną towarzyszkę zabaw. Zawsze dumnie niosła swoją własność do domu i nawet się uśmiechała, gdy ktoś zwrócił uwagę, że ma ładną lalkę.
Ludzie, zajęci swoimi sprawami, zapominali jednak wkrótce o dziewczynce o i jej nowej lalce. A ona już po paru dniach porzucała swoją własność w kącie podwórka. Zwykle znajdowała ją tam córeczka szewca, mieszkającego w tej samej kamienicy. Zgodnie z nakazem ojca, zawsze odnosiła lalkę córce aptekarza, ale ta niezmiennie z dumą mówiła:
- Możesz ją sobie zabrać, mnie nie jest już potrzebna. – I po chwili dodawała – Nie lubię jej.
Historia powtarzała się wielokrotnie i ludzie zdążyli się już przyzwyczaić do dziwnego zachowania się dziecka. Szewc pomagał córce naprawiać zepsute lalki. Ona sama szyła im nowe ubranka, robiła fryzury i każdej nadawała imię. Lalki były bardzo różne. Miały krótkie lub długie włosy, były duże i małe, ładniejsze i brzydsze, ale wszystkie je bardzo lubiła.
Pewnego letniego poranka wyniosła lalki na podwórko i urządziła jarmark. Doskonale się bawiła, kupując u swoich lalek jabłka, orzechy, kawałki materiału, lekarstwa… Córeczka aptekarza długo obserwowała zabawę przez okno. W końcu zdecydowała się zejść na podwórko.
- Te lalki są bardzo brzydkie – powiedziała do córki szewca. – Jak możesz się nimi bawić?
- Nieprawda, każda z nich ma coś ładnego – odparła dziewczynka. – Popatrz, Alicja ma piękne, brązowe oczy, Magdalena ma ładną buzię, a Ewelina jest taka zgrabna. Dlaczego je wyrzuciłaś? – zapytała córkę aptekarza.
- Chciałam, aby moja lalka była tak piękna, żeby nikt nie miał lepszej, ładniejszej. Bardzo długo oglądałam je przez szybę i wybierałam tę, która wydawała mi się jedyną i najlepszą. Na początku każda bardzo mi się podobała, ale później ta twoja „Alicja z pięknymi oczami” okazywała się brzydka, a u Magdaleny ktoś zauważył krzywy nos, a na Ewelinę nikt nie zwrócił uwagi. Wcale nie jest zgrabna, bo ma za krótkie nogi… Każda z nich jest inna, niż sobie wymarzyłam; każda mnie zawiodła… Wstydziłam się wychodzić z taką brzydką lalką na dwór – opowiadała dziewczynka z zawziętością, ale prawie płacząc. Potrząsała przy tym głową. Przy jednym z takich gwałtownych ruchów jej długie włosy odsłoniły brzydko zniekształcone ucho. Dziewczynka odwróciła się gwałtownie i chciała uciec do swego domu.
- Nie uciekaj – zawołała za nią córeczka szewca. – Ty możesz przynajmniej schować swoje ucho, a co ja mam zrobić z moim kulfoniastym nosem? – dodała poważnie.
Córka aptekarza uśmiechnęła się przez łzy i wolno, jeszcze nieufnie, podeszła do swej koleżanki, uważnie obserwując jej nos.
- Nie martw się – mówiła tamta – za to Pan Bóg bardziej cię kocha.
- Pan Bóg? – zdziwiła się dziewczynka.
- Tak, mój tatuś mówi, że Pan Bóg bardziej kocha brzydkie dzieci, bo one są słabsze i bardziej Go potrzebują – z ogromną pewnością powiedziała córka szewca.
- A lalki te? – zapytała dziwna dziewczynka.
- Lalki też – odparła poważnie mała.
Dziewczynki spontanicznie uśmiechnęły się do siebie i przytuliły swoje lalki.

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: pn maja 14, 2012 7:13 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Przed pójściem do łóżka mały Daniel wybiegł jeszcze szybko na ogród. Spojrzał na jabłoń i dorodne czerwone jabłka:
- O, te, to Ci się, Panie Boże, naprawdę udały – powiedział jakby od niechcenia.
Powąchał róże i zauważył:
- O, jakim fantastycznym zapachem je obdarowałeś i w jakie cudne kolory je ustroiłeś.
Nachylił się i skosztował parę poziomek:
- Mniam, mniam, te są najsmaczniejsze, dziękuję Ci, Boże – powiedział Daniel i szybko wrócił do domu.
Babcia szykuje go do spania, kąpie i przynosi do łóżeczka.
- A teraz. Danielku, pomodlimy się – mówi zapraszająco.
- Ja już się modliłem – odpowiada Daniel.

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: wt maja 29, 2012 2:05 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić ...

Więc któregoś dnia zapytało Boga:
* Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tak żyć skoro jestem takie małe i bezbronne ??"
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę dla Ciebie jednego. On będzie na Ciebie czekał i zaopiekuje się Tobą.
* Ale powiedz mi Boże, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym ??
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do Ciebie każdego dnia ... I będziesz czuł jego anielska miłość i będziesz szczęśliwy.
* A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówili, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie ??
- Twój anioł powie Ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
* A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą, Boże ??
- Twój anioł złoży Twoje rączki i nauczy Cię jak się modlić.
* Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni ??
- Twój anioł będzie cię chronił nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.
* Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Ciebie, Boże więcej widział ...
- Twój anioł będzie wciąż mówił Tobie o Mnie i nauczy Cię jak do Mnie wrócić. Chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej Ciebie ...
W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
* Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć, powiedz mi proszę imię mojego anioła ...
- Imię Twojego anioła nie ma znaczenia ...
Będziesz do niego wołał :
“M A M U S I U ”

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: czw cze 07, 2012 7:45 pm 
Offline
Swoja BABA
Awatar użytkownika

Rejestracja: czw cze 05, 2003 9:12 pm
Posty: 716
Lokalizacja: Warszawa
mojojojo13 pisze:
Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić ...

Więc któregoś dnia zapytało Boga:
* Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tak żyć skoro jestem takie małe i bezbronne ??"
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę dla Ciebie jednego. On będzie na Ciebie czekał i zaopiekuje się Tobą.
* Ale powiedz mi Boże, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym ??
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do Ciebie każdego dnia ... I będziesz czuł jego anielska miłość i będziesz szczęśliwy.
* A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówili, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie ??
- Twój anioł powie Ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
* A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą, Boże ??
- Twój anioł złoży Twoje rączki i nauczy Cię jak się modlić.
* Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni ??
- Twój anioł będzie cię chronił nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.
* Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Ciebie, Boże więcej widział ...
- Twój anioł będzie wciąż mówił Tobie o Mnie i nauczy Cię jak do Mnie wrócić. Chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej Ciebie ...
W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
* Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć, powiedz mi proszę imię mojego anioła ...
- Imię Twojego anioła nie ma znaczenia ...
Będziesz do niego wołał :
“M A M U S I U ”

Mojo..wzruszająca ta Twoja ostatnia bajka....

_________________
Małgosia
Skarbnik MB/8 Club Poland

W114 250 '71 Amelka:)
Yariska AMG:) 1.4 '10


Na górę
Post: sob sie 11, 2012 8:33 am 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Doktor Świerszcz

Pewnego dnia handlarz węglem o nazwisku Świerszcz szedł wraz ze swoim osłem przez most do Coimbry. Osioł był obładowany węglem i obaj byli już zmęczeni długą drogą i upałem. Na moście handlarz zobaczył wielu studentów, którzy siedzieli i jedli ciastka, cukierki i migdały. Handlarz pomyślał: „Jeśli chce się jeść tak wspaniałe rzeczy, to musi się być studentem”.
Jak powiedział, tak zrobił. Sprzedał w mieście węgiel i osła i usiadł na moście, żeby zjeść kromkę chleba, bo nie miał na tyle pieniędzy, żeby kupić ciastko. Studenci zdziwili się na widok nowego kolegi i chcieli wiedzieć, co studiuje.
- Przepowiadanie – odparł.
Trzy dni potem ogłoszono, że królowi Portugalii skradziono skarb i że wyznaczono wielką nagrodę dla tego, komu uda się go odnaleźć. Studenci opowiedzieli królowi, że jest w mieście student, który zgłębia przepowiadanie przyszłości. Król kazał go natychmiast przyprowadzić do zamku. Gdy handlarz stanął przed królem, ten opowiedział, że chciałby sprawdzić, czy już dużo się nauczył z dziedziny, którą studiuje. Władca wyciągnął więc do studenta przepowiadania zaciśniętą rękę i zapytał:
- Co mam w ręce?
Zaskoczony student nie wiedział, co ma powiedzieć. Westchnął ciężko i powiedział sam do siebie:
- Ach, Świerszczu, Świerszczu, w czyje ręce tyś się dostał!
Na te słowa zdumiony król otworzył rękę i odparł:
- Masz rację, rzeczywiście mam w ręce świerszcza!
I król, i student byli bardzo zadowoleni z wyniku tej próby. Ale wkrótce potem król chciał wypróbować, czy student potrafi zgadnąć coś więcej. Kazał zabić świnię i napełnić jej krwią butelkę. Pokazał ją studentowi i zapytał:
- Czyja to krew?
Ten nie wiedział, co ma powiedzieć, więc będąc pewien, że ktoś go wydał, rzedł pod nosem:
- No tak, to musiała być jakaś świnia.
Na co uradowany król odparł:
- Zgadłeś, w tej butelce jest świńska krew!
Król postanowił sprawdzić go raz jeszcze:
- Daję ci trzy dni – powiedział – żeby odnaleźć złodzieja, który ukradł mi skarb.
Nazajutrz dwóch służących na królewskim dworze przyszło do studenta i powiedziało:
- Wiemy, że wiesz, że to myśmy ukradli skarb. Jeśli nas nie zdradzisz, damy ci mnóstwo pieniędzy.
Na to tylko czekał nasz student. Pobiegł do króla i powiedział:
- Wasza Wysokość, dwóch służących ukradło ten skarb.
Król natychmiast kazał ich pojmać i odzyskał skarb. Obiecał więc studentowi wysoką nagrodę i powiedział, że jeśli chce, może jeszcze kilka dnia pozostać na dworze.
Nazajutrz zdarzyło się, że córka króla w czasie obiadu zadławiła się kością. Wezwani lekarze nie byli w stanie wydostać kości, więc król zwrócił się znowu do studenta, obiecując mu nagrodę, jeśli tylko uratuje królewnę. Student kazał się jej położyć na podłodze i zapowiedział, że będzie wrzucał jej do gardła kulki z masła i to ją wyleczy. Królewna zaczęła się tak śmiać z dziwacznego pomysłu, że w pewnej chwili wypadła jej kość z gardła. Uszczęśliwiony król dał studentowi mnóstwo pieniędzy i na odchodnym powiedział:
- Skoro wiesz tak dużo, zrobię cię lekarzem w moim szpitalu na moim zamku. Zobaczymy, czy innych też potrafisz wyleczyć.
W tym czasie szalała w mieście straszliwa epidemia i szpitale były pełne chorych. Nowy lekarz poszedł zobaczyć, jak to wygląda. Nie znał się oczywiście na medycynie, postanowił więc sprytem zrealizować życzenie króla.
- Ten, kto jest najbardziej chory – powiedział – jutro zostanie rozcięty, żebyśmy mogli zobaczyć go od środka.
Kiedy chorzy to usłyszeli, nawet ci, którzy mieli laski i kule, wstali i w pośpiechu opuszczali szpital, bo nie chcieli, żeby ich uważać za chorych. A na mieście opowiadano, że nowy lekarz tak wiele wie, że samym spojrzeniem już wyleczył tylu chorych.
Świerszcz wiedział jednak, ze nie można przez całe życie korzystać tylko ze sprytu i szczęścia i postanowił studiować medycynę. Po pewnym czasie mógł już pochwalić się dyplomem lekarskim i tak został doktorem Świerszczem.

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: wt sie 21, 2012 8:01 am 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, jak zarabiasz na życie. Chcę wiedzieć, za czym tęsknisz i o czym ośmielasz się marzyć wychodząc na spotkanie tęsknocie swego serca.

Nie interesuje mnie ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy dla miłości, dla marzenia, dla przygody życia zaryzykujesz, że wezmą cię za głupca.

Nie interesuje mnie jakie planety są w kwadraturze do twojego księżyca. Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś jądra własnego smutku, czy zdrady życia otworzyły cię, czy też skurczyłeś się i zamknąłeś bojąc się dalszego cierpienia. Chcę wiedzieć, czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub swoim, nie starając się pozbyć go, ukryć, lub zmniejszyć.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz być z radością, moją lub swoją, czy potrafisz tańczyć z dzikością i pozwolić, by ekstaza wypełniła cię aż po czubki palców, bez upominania nas, że powinniśmy być ostrożni, patrzeć realistycznie na życie i pamiętać o naszych ludzkich ograniczeniach.

Nie interesuje mnie, czy historia, którą mi opowiadasz jest prawdziwa. Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarować kogoś by pozostać wiernym sobie; czy potrafisz znieść oskarżenie o zdradę i nie zdradzić własnej duszy; czy potrafisz sprzeniewierzyć się, a przez to pozostać godny zaufania.

Chcę wiedzieć, czy codziennie potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie jest ono ładne i czy potrafisz w jego obecności znaleźć źródło swojego życia.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć ze świadomością porażki, swojej i mojej, a mimo to nadal stać nad brzegiem jeziora i krzyczeć do srebra pełni księżyca: "Tak".

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz ani ile masz pieniędzy. Chcę wiedzieć, czy po nocy pełnej smutku i rozpaczy, zmęczony i obolały, potrafisz wstać i zrobić to, co trzeba, by nakarmić dzieci.

Nie interesuje mnie, kogo znasz i jak się tu znalazłeś, chcę wiedzieć, co jest dla ciebie źródłem siły wewnętrznej kiedy wszystko inne zawodzi.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz być sam ze sobą i czy w chwilach samotności takie towarzystwo naprawdę sprawia ci przyjemność.

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: pt sie 24, 2012 12:03 am 
Offline
Swoja BABA
Awatar użytkownika

Rejestracja: czw cze 05, 2003 9:12 pm
Posty: 716
Lokalizacja: Warszawa
mojojojo13 pisze:
PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, jak zarabiasz na życie. Chcę wiedzieć, za czym tęsknisz i o czym ośmielasz się marzyć wychodząc na spotkanie tęsknocie swego serca.

Nie interesuje mnie ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy dla miłości, dla marzenia, dla przygody życia zaryzykujesz, że wezmą cię za głupca.

Nie interesuje mnie jakie planety są w kwadraturze do twojego księżyca. Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś jądra własnego smutku, czy zdrady życia otworzyły cię, czy też skurczyłeś się i zamknąłeś bojąc się dalszego cierpienia. Chcę wiedzieć, czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub swoim, nie starając się pozbyć go, ukryć, lub zmniejszyć.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz być z radością, moją lub swoją, czy potrafisz tańczyć z dzikością i pozwolić, by ekstaza wypełniła cię aż po czubki palców, bez upominania nas, że powinniśmy być ostrożni, patrzeć realistycznie na życie i pamiętać o naszych ludzkich ograniczeniach.

Nie interesuje mnie, czy historia, którą mi opowiadasz jest prawdziwa. Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarować kogoś by pozostać wiernym sobie; czy potrafisz znieść oskarżenie o zdradę i nie zdradzić własnej duszy; czy potrafisz sprzeniewierzyć się, a przez to pozostać godny zaufania.

Chcę wiedzieć, czy codziennie potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie jest ono ładne i czy potrafisz w jego obecności znaleźć źródło swojego życia.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć ze świadomością porażki, swojej i mojej, a mimo to nadal stać nad brzegiem jeziora i krzyczeć do srebra pełni księżyca: "Tak".

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz ani ile masz pieniędzy. Chcę wiedzieć, czy po nocy pełnej smutku i rozpaczy, zmęczony i obolały, potrafisz wstać i zrobić to, co trzeba, by nakarmić dzieci.

Nie interesuje mnie, kogo znasz i jak się tu znalazłeś, chcę wiedzieć, co jest dla ciebie źródłem siły wewnętrznej kiedy wszystko inne zawodzi.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz być sam ze sobą i czy w chwilach samotności takie towarzystwo naprawdę sprawia ci przyjemność.

fantastyczne:)..warto sobie zadać takie pytania..żeby przekonać się czy można odpowiedziec na nie TAK...i móc być...przyjacielem....
Mojo..skąd Ty to wykopujesz??:))

_________________
Małgosia
Skarbnik MB/8 Club Poland

W114 250 '71 Amelka:)
Yariska AMG:) 1.4 '10


Na górę
Post: ndz sie 26, 2012 8:45 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Złote drzewo

W wielkim lesie mieszkał sobie pustelnik. Pewnego razu przybiegł do niego wychudzony piesek, któremu z oczu wyzierał głód i strach.
- Chodź, biedaku – powiedział do niego pustelnik. – Nakarmię cię i przygarnę. Tu nikt nie zrobi ci krzywdy, a w lesie dzikie zwierzęta cię rozszarpią.
I piesek został w pustelni, a pustelnik, choć sam nie miał wiele, dzielił się z nim wszystkim. Mijały miesiące, aż pewnego dnia pustelnik zwrócił się do swego przyjaciela:
- Starzeję się i coraz trudniej jest mi chodzić do lasu na poszukiwanie owoców i ziół. Potrzebowałbym kogoś, kto doglądałby mnie w starości. Jesteś moim najlepszym przyjacielem, ale nie możesz mi w tym pomóc. Dlatego będę się modlił, byś przybrał ludzką postać.
Z tymi słowami pustelnik zamknął oczy i pogrążył się w modlitwie. Długo się modlił, a kiedy w końcu otworzył oczy, stała przed nim… śliczna dziewczynka. Okazało się bowiem, że piesek był suczką! Pustelnik był bardzo zaskoczony, bo spodziewał się chłopca, ale i bardzo się ucieszył, że spełniło się jego życzenie. Odtąd dziewczynka troszczyła się o pustelnika jak córka. Pustelnik był szczęśliwy, ale była jedna sprawa, która go martwiła. Otóż dziewczynka będąca przecież psem w ludzkiej postaci, jak wszystkie małe psy lubiła gryźć skórę. Dlatego tez pustelnik codziennie, zanim udał się na spoczynek, chował przed nią swoje sandały. Jednak nie mógł spać, bo nocami dziewczyna wyła i płakała, szukając czegoś do gryzienia. Z czasem na szczęście jej to przeszło.
Mijały dni, miesiące, lata i z małej dziewczynki wyrosła piękna dziewczyna. Pewnego dnia spokój lasu zakłóciły dźwięki rogów i trąbek. To król wyruszył na polowanie. W pościgu za sarną trafił na domek pustelnika. Gdy zobaczył piękną dziewczynę, zatrzymał się.
- Dobry człowieku – odezwał się król do pustelnika – jeśli to twoja córka, daj mi ją za żonę, a uczynię z niej królową!
- Ona nie pochodzi ze szlachetnego rodu, o panie, by mogła zostać królową – odarł pustelnik. – Szukaj więc, panie dalej, a moją córkę zostaw w spokoju.
- Nie dbam o to, czy jest ze szlachetnego rodu, czy nie – powiedział król. – Urodziła się po to, by zostać królową i by rządzić u mego boku. Jeśli ona nią nie zostanie, nie chce innej!
Pustelnik widział, że król naprawdę pokochał dziewczynę, dlatego zgodził się, by poślubił jego przyrodnią córkę. Poprosił jednak władcę, by dbał o nią i obiecał, że nigdy nie będzie z jego powodu nieszczęśliwa.
- Jeśli pewnego dnia będzie nieszczęśliwa – powiedział tajemniczo – wyjdzie na jaw pewna jej słabostka, która w szczęściu na zawsze pozostanie w ukryciu.
Król bez namysłu obiecał mu to, zabrał dziewczynę na zamek, gdzie poślubił ją i starał się, by była tak szczęśliwa, jak to tylko możliwe. A ponieważ była szczęśliwa, więc… nie szukała żadnych skórzanych przedmiotów do gryzienia.
Mijały lata i wkrótce królowa urodziła sześć ślicznych dziewczynek. Gdy dorosły, pięć z nich poślubiło przystojnych i potężnych książąt. Najmłodsza księżniczka pokochała jednak zwykłego biednego drwala, który codziennie przynosił drewno do królewskiej kuchni. Kiedy król odkrył, kto jest wybrankiem córki, rozgniewał się strasznie i zakazał jej spotykania się z nim. Królewna jednak nie posłuchała ojca, lecz poszła za głosem serca: następnego ranka uciekła do lasu, gdzie zamieszkała ze swoim ukochanym.
Kiedy król odkrył, że dziewczyna poślubiła drwala, wpadł zagniewany do komnaty królowej:
- Nasza najmłodsza córka przyniosła hańbę naszemu rodowi! – krzyczał. – O dziś nie jest moją córką, nie chcę jej widzieć i także tobie zakazuję spotykania się z nią!
Królowa zasmuciła się bardzo, gdyż całym sercem kochała najmłodszą córkę. Przez cały dzień płakała i szlochała, a w nocy nie mogła spać. W końcu wstała i bez zastanowienia wzięła pantofel króla i zaczęła go gryźć. Nagle uświadomiła sobie, co robi, więc szybko wróciła do łóżka i ukryła pogryziony pantofel pod prześcieradłem.
Następnego ranka król zauważył, że brakuje mu jednego pantofla. Szukał i szukał, przetrząsnął całą sypialnię i nic.
- Dziwne – pomyślał. – Pantofel był wykładany rubinami i brylantami. Jeżeli ukradł go złodziej, to dlaczego nie wziął dwóch?
Nie umiał jednak odpowiedzieć sobie na to pytanie. A że nie mógł też chodzić w jednym pantoflu, więc wziął nową parę, jeszcze droższą i piękniejszą. Także następnej nocy trapiona zmartwieniami królowa wstała i zaczęła gryźć pantofel króla. I tym razem, gdy sobie uświadomiła, co robi, wróciła do swojego łóżka i ukryła w nim pantofel.
- Dziś wreszcie dojdę, co się dzieje z moimi pantoflami – przyrzekł sobie król. – Czy robi to złodziej czy też duch, i tak go złapię.
Przez cały dzień zachowywał się jak zwykle, a wieczorem o normalnej porze udał się na spoczynek. Położył swoje nowe pantofle – gdyż znowu musiał wziąć nową parę – przy łóżku, ale nie zasnął… schował się z mieczem za jedną z kolumn w sypialni i wypatrywał złodzieja. Było już bardzo późno i śpiący król już chciał zrezygnować z czuwania i się położyć, gdy… do sypialni weszła królowa. Podeszła do łóżka, usiadła na podłodze, w ręce wzięła pantofel i… zaczęła go gryźć! Król nie wierzył własnym oczom! Wyskoczył zza kolumny i zażądał od królowej wyjaśnień. Ta nie miała innego wyjścia, ale musiał mu o wszystkim opowiedzieć. Opowiedziała mu więc o tym, jak przygarnął ją pustelnik, jak modlił się, by przybrała ludzką postać i jak mu pomagała. Król z wściekłości, że zhańbił swój ród, poślubiając suczkę, wypędził królową z pałacu. Ta przygnębiona i zapłakana poszła do pustelnika i poprosiła go, by dzięki swoim modłom przywrócił jej dawną postać, gdyż już nie chce więcej być człowiekiem. Pustelnik rozumiał jej rozgoryczenie, gdyż sam nie mogąc znieść ludzkich wad, wybrał życie na odludziu. Prosił więc i błagał, aż jego prośby zostały wysłuchane, a królowa znowu była psem.
Po pewnym czasie królowa zatęskniła za swoimi córkami. Pustelnik uważał, że lepiej będzie, jeśli nie będzie samotnie włóczyła się po obcych miastach, ale ona się uparła. Ruszyła więc w drogę do najstarszej córki, stanęła pod jej drzwiami i zawołała:
- Otwórz drzwi i pozwól mi wejść! To ja, twoja mama, przychodzę w odwiedziny!
Królewna otworzyła drzwi i zobaczyła, że przed nimi siedzi tylko pies. Rozgniewała się więc i rzuciła w niego kamieniem, by go przepędzić. To samo przytrafiło się matce u drugiej córki, u trzeciej, czwartej, piątej… Zrozpaczona postanowiła pójść do szóstej, najmłodszej. Żona drwala przyjęła ją z miłością i troską. Opatrzyła jej rany, które zadały jej kamieniami starsze córki, nakarmiła i umościła jej wygodne legowisko.
- Dziękuję ci, kochana córeczko! – powiedziała matka. – Głębokie są rany w moim ciele, ale jeszcze głębsze są rany w moim sercu, które zadały mi twoje siostry swoją niewdzięcznością i brakiem współczucia. Wiem, że nie dożyję wschodu słońca, a kiedy umrę, pochowaj mnie przed twoją chatą.
Tak też się stało. Gdy zaszło słońce, wraz z nim odeszła matka. Najmłodsza córka długo płakała, gdyż kochała matkę całym sercem i nieważne było dla niej, jaką ma postać. Kiedy już opłakała jej stratę, zgodnie z prośbą pochowała ją przed swoim domem. Zmęczona poszła spać, a rankiem, kiedy wyszła przed dom, zobaczyła, że rośnie przed nim wielkie złote drzewo. Jego gałęzie były z czystego złota i prawie tak jasne jak słońce, a na każdej gałęzi było mnóstwo owoców, także z czystego złota najwyższej próby.
Ponieważ plotka niesie się szybciej niż wieje wiatr, wkrótce wszystkie siostry dowiedziały się o cudownym złotym drzewie. A kiedy dowiedziały się, że wyrosło na grobie ich matki, wszystkie chciały mieć w tym udział, gdyż jak twierdziły, należał się im spadek. Pobiegły więc do swego ojca, króla i powiedziały:
- Złote drzewo to prezent od naszej matki! My mamy do niego większe prawo niż nasza najmłodsza siostra, która przez swój mezalians przysporzyła rodzicom wiele cierpień. Z nami mama zawsze była szczęśliwa i gdyby nie odwiedziła najmłodszej siostry, żyłaby do dziś. A tak w jej domu umarła ze zgryzoty. Żądamy, abyś ukarał najmłodszą siostrę za śmierć matki, a nam podarował drzewo.
Gdy król usłyszał o śmierci swojej żony, zasmucił się bardzo, gdyż wciąż ją kochał i żałował, że wygnał ją z pałacu. Po pewnym czasie nie myślał już o tym, że była przemienionym psem, ale wspominał szczęśliwe lata spędzone przy jej boku i mądre rządy w państwie. Zapomniał, że sam wygnał ją z zamku i w ten sposób przyczynił się do jej śmierci, ale cały gniew zwrócił przeciw najmłodszej córce. Udał się do niej z pozostałymi córkami i powiedział do nich:
- Zerwijcie wszystkie owoce i liście! Należą do was!
Rozradowane siostry rzuciły się na drzewo i dalej szarpać owoce i liście. Szarpały i ciągnęły, aż poczerwieniały z wysiłku, ale nie udało im się zerwać ani jednego. Król ze zdziwieniem obserwował to wszystko i nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Kazał przyprowadzić najmłodszą córkę, aby ona spróbowała zerwać owoc z drzewa. Ale nie chciała niczego zrywać.
- Nie mogę zrywać niczego z drzewa, gdyż tę postać przybrała teraz nasza mama. Kiedy będę rwała owoce z drzewa, będzie ją bolało, a ja nie chcę robić jej krzywdy, bo ją kocham.
Kiedy wypowiedziała te słowa, nagle z drzewa zaczęły spadać owoce i toczyły się prosto pod jej stopy. Król nie mógł powstrzymać łez. Przytulił mocno najmłodszą córkę i powiedział:
- Wybacz mi, drogie dziecko. Gniewałem się na ciebie, bo poślubiłaś biednego człowieka. Ale dziś wiem, że biedni ludzie to nie ci z pustymi kieszeniami, ale ci z pustymi sercami. Także moje serce było puste. Proszę więc ciebie i twojego męża o wybaczenie i o to, byście uczynili mnie bogatym. Mój kraj także będzie szczęśliwy, jeśli będzie miał tak mądrych i współczujących władców. Zasiądźcie więc na moim tronie, a mnie pozwólcie żyć u waszego boku.
Tak też się stało. Najmłodsza córka wraz z mężem-drwalem długo i mądrze rządzili krajem, a stary król wspierał ich radą, bawił się z wnuczętami i często wspominał swą ukochaną i wierną żonę. A co się stało z pozostałymi córkami? Tego nikt nie wie, bo o złych i zachłannych szybko się zapomina…

Baśń birmańska za Elżbietą Zarych


Mam taką jedną osóbkę, od której czerpię pełnymi garściami ;)

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: wt sie 28, 2012 6:34 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Jest taki kwiat


Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami żyła królewna, jedyna następczyni tronu, która była taka zła jak piękna. A była bardzo piękna. Nie było dnia, żeby komuś jakiejś krzywdy nie wyrządziła. Była nieznośna dla swojego otoczenia, nieposłuszna wobec swoich rodziców, dokuczała ludziom pracującym w pałacu. Od samego rana, od przebudzenia się dokuczała dziewczętom pokojowym, które pomagały jej ubierać się. Przy śniadaniu grymasiła, nie chciała jeść, przeciągała posiłek w nieskończoność. Była arogancka dla nauczycieli, którzy przychodzili, by ją uczyć. Przy obiedzie dochodziło często do awantur. Potrafiła rzucać talerzami, wywrócić wazę z zupą, wytrącić usługującym tacę z posiłkiem a nawet ściągnąć obrus ze stołu, wraz z zastawą. Po południu nie chciało się jej odrabiać lekcji. Wobec gości, którzy przychodzili z wizytą do jej rodziców, zachowywała się nieuprzejmie, czasem wręcz bezczelnie. Nie miała żadnych przyjaciół. Wszyscy bali się jej złości. Jedno co naprawdę kochała, to były kwiaty. Godzinami potrafiła siedzieć w ogrodzie, doglądała robotników pracujących tam, pielęgnowała kwiaty, własnymi rękoma plewiła grządki i przycinała gałązki, okopywała. Niektórzy mówili, że nawet rozmawia z kwiatami.

Razu pewnego przyjechał w odwiedziny król z sąsiedniego królestwa wraz z małżonką i swoim synem. Królewna, aby dokuczyć rodzicom, zapowiedziała, że nie przyjdzie na przyjęcie i faktycznie nie przyszła. Niespodziewanie tylko wpadła na moment do sali, gdzie ucztowano. Wszyscy zamarli ze strachu. Zrobiła się cisza. Nawet orkiestra przestała grać. Ale na szczęście nie doszło do żadnej awantury. Bez jednego słowa przeszła przez salę i znikła. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wtedy właśnie królewicz zobaczył ją i od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. Po powrocie do domu oświadczył swoim rodzicom:

- Chcę królewnę pojąć za żonę.

- Po pierwsze nie wiadomo, czy ona zechce, żebyś ty był jej mężem. A po drugie, czy ty wiesz, jaka ona jest?

I wtedy opowiedzieli mu całą prawdę o niej.

Królewicz bardzo się zmartwił tym wszystkim, co usłyszał. Myślał, jak pomóc królewnie. Po jakimś czasie przyszedł do rodziców i oświadczył:

- Chciałbym pojechać do pałacu królewny.

Popatrzyli na niego nic nie rozumiejąc. Po chwili spytał ojciec:

- Możesz nam powiedzieć, po co?

- Chcę, by się zmieniła. Spróbuję jej w tym pomóc.

- Jak to sobie wyobrażasz?

- Dokładnie jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale spróbuję. Przedstawił im swój plan:

- Pojadę tam w przebraniu i zgłoszę się do pracy jako ogrodnik, bo ona podobno często przebywa w ogrodzie. To wszystko. Co dalej, nie wiem. Okaże się na miejscu. Może życie podsunie inne rozwiązanie.

Rodzice z ciężkim sercem zgodzili się na jego propozycję, ale nie wierzyli, żeby ta wyprawa mogła zakończyć się powodzeniem.

Królewicz, tak jak to wszystko przedstawił rodzicom, tak i wykonał. Przebrał się w ubogie szaty robotnika i udał się w daleką drogę. Wśród rzeczy, które wziął ze sobą, był jego ukochany kwiat. Nie rozstawał się z nim nigdy. I w tej drodze, choć nie było mu to wygodne, chciał mieć go przy sobie.

Gdy przybył do pałacu królewny, przyszedł do ogrodu. Ogród był wielki, bogaty w drzewa, krzewy, warzywa, kwiaty, położony w pagórkowatym terenie, obejmował sadzawki, stawy, rzekę. Królewicz odnalazł ogrodnika i zwrócił się do niego z prośbą, aby ten przyjął go do pomocy. Ogrodnik był stary i nieżyczliwy. Popatrzył na królewicza krytycznie, wysłuchał prośby, mruknął:

- My nie potrzebujemy nowych pomocników. Mamy dość swoich.

Królewicz nie ustępował. Powiedział:

- Faktycznie niewiele umiem, ale chcę się nauczyć tego rzemiosła. Dlatego nie chcę żadnego wynagrodzenia. Jeżeli mi tylko dasz kąt do mieszkania i jedzenie, to mi wystarczy.

Ogrodnik obrzucił go niechętnym wzrokiem, ale w końcu przystał na prośbę.

- No to dobrze - powiedział z ociąganiem się - ale wiedz o tym, że praca tutaj jest bardzo ciężka.

Przeznaczył mu na mieszkanie stary składzik i królewicz rozpoczął pracę w ogrodzie.

Płynęły dni. Królewna przychodziła codziennie do ogrodu. Widział ją czasem. Jej jasna sukienka pojawiała się w dali na tle ciemnej zieleni, by znowu zniknąć. Bywało, że widział ją dłuższą chwilę, ale zawsze z daleka. Zaledwie parę razy zdarzyło się, że była tak blisko, iż słyszał jej głos. Ale wciąż nie spotkał się z nią.

Aż po jakimś czasie, gdy razu pewnego pracował zgięty, plewiąc grzędę, usłyszał nagle tuż nad swoją glowąjej glos. W pierwszej chwili myślał, że ona coś do niego mówi, tymczasem królewna poprawiając rosnący kwiat, zaczęła do niego przemawiać i to najpiękniejszymi słowami, jakie kiedykolwiek słyszał królewicz. Nagle przerwała. Poczuł, że go ujrzała. Z gniewem wykrzyknęła:

- Ktoś ty za jeden? Co ty tu robisz? Podniósł się. Pokłonił. Bał się, czy go nie rozpozna, ale nie doszło do tego. Odpowiedział więc spokojnie na postawione pytanie:

- Jestem pomocnikiem ogrodnika.

- Nie znam cię. Jeszcze cię nigdy tutaj nie widziałam.

- Pracuję od niedawna - wyjaśnił.

Widział, jak była wściekła. Najwyraźniej dlatego, że ją słyszał rozmawiającą z kwiatami. Nagle rzuciła wzrokiem na kępę opodal rosnących pokrzyw:

- Zerwij mi je - rozkazała.

- Zaraz przyniosę rękawice i nożyce - powiedział i skierował się w stronę swojego mieszkania.

- Nie potrzeba ci rękawic - odparła szorstko. - Zrywaj natychmiast, gołymi rękami. Królewicz zawahał się. Ale to trwało tylko moment. Podszedł do kępy pokrzyw i zaczął je zrywać. Pokrzywy były wyrośnięte, o twardych łodygach. Ręce paliły go, jakby je wsadził do wrzącej wody. Ale rwał uparcie. Gdy narwał całą naręcz pokrzyw, spytał:

- Wystarczy?

- Wystarczy.

- Co mam z nimi zrobić?

- Możesz je wyrzucić - odpowiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku i długo moczył dłonie w zimnej wodzie, żeby przynieść sobie ulgę. Ale na niewiele to się przydało. W nocy prawie nie spał.

Na drugi dzień królewna przyszła znowu. Tym razem ona go szukała.

Znalazła, gdy był zajęty przy plewieniu swojej grządki. Kazała mu pokazać ręce. Wciąż jeszcze były całe w bąblach.

- Pieką cię?

- Trochę.

- To żeby cię tak nie piekły - powiedziała złośliwie - idź i narwij mi lilii wodnych.

- Dobrze, tylko przyprowadzę łódź i zaraz wrócę.

- Nie potrzeba łódki. Wejdź do stawu.

Był chłodny i pochmurny dzień. Woda była zimna. Lilie miały silne łodygi, ciągnące się bez końca. Nie bardzo umiał sobie z nimi poradzić. Zanim narwał pełną naręcz, upłynęło trochę czasu. Wreszcie wyszedł ze stawu cały mokry i przemarznięty.

- Co mam z nimi zrobić? - spytał.

- Możesz je wyrzucić na śmietnik - powiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku, bo drżał z zimna. Przebrał się w suche ubranie. Ale pod wieczór źle się poczuł. Pojawił się kaszel. W nocy nie mógł spać. Czuł rosnącą gorączkę.

Następnego dnia nie poszedł do pracy. Został w swoim pokoju w łóżku. Tymczasem królewna przyszła znowu do ogrodu, ale nigdzie nie mogła znaleźć królewicza. Spytała o niego ogrodnika:

- Gdzie jest ten nowy twój pomocnik?

- Leży przeziębiony w swoim pokoju - odpowiedział ogrodnik.

- Gdzie to jest?

Ogrodnik zaprowadził ją tam. Zobaczyła go leżącego w łóżku z rozpaloną głową.

- Co to ma znaczyć to wylegiwanie się w łóżku?

- Przeziębiłem się i mam gorączkę.

Zaczęła krzyczeć na niego, że przez byle jakie przeziębienie nie przychodzi do pracy. Nagle ujrzała kwiat stojący w donicy na stole. Miał niezwykle pięknie powycinane liście, które otaczały stulony, duży pąk kwiatu.

- Co to za kwiat? - spytała.

- Przyniosłem go ze swojego domu.

- Ja wszystkie kwiaty znam, ale takiego jeszcze nigdy nie widziałam.

- To jest kwiat, który rozkwita w nocy, ale tylko przy człowieku, który jest dobry.

- Co ty za bzdury opowiadasz! - wykrzyknęła. - Masz chyba wysoką gorączkę.

- Nie. Mówię prawdę. To jest taki cudowny kwiat, który kwitnie tylko przy dobrym człowieku - powtórzył.

- Jeżeli nie masz gorączki, to znaczy, że jesteś głupi, wierząc w takie rzeczy. Takiego kwiatu nigdzie nie ma na świecie.

- Otrzymałem go od pustelnika, który przez parę lat pomagał rodzicom moim w wychowywaniu mnie. Kiedy pustelnik odchodził od nas, przyniósł mi ten kwiat i powiedział:

- To jest taki tajemniczy kwiat, który kwitnie nocą. Ale kwitnie tylko przy człowieku, który jest dobry. Jeżeli wieczorem będziesz przy nim, a on rozkwitnie, to znaczy, że w ciągu ubiegłego dnia byłeś dobry, a jeżeli nie rozkwitnie, to znaczy, że byłeś zły.

Namyślała się, co odpowiedzieć. Po chwili zadecydowała:

- Dobrze. Sama się o tym przekonam. Biorę go.

Nie pytając o pozwolenie porwała kwiat i poszła do pałacu. Zaniosła do swojego pokoju, postawiła na stole. Była bardzo ciekawa, ile w tym prawdy, co ten chłopiec mówił. Nie mogła się doczekać wieczoru. Gdy wreszcie słońce zaszło, zrobiło się ciemno, zapadła noc, królewna usiadła przy kwiecie i patrzyła w jego pąk. Nadeszła północ, zegar powoli wybił dwanaście uderzeń, ale stulony kwiat nawet nie drgnął. I wtedy zrozumiała, że chłopiec zakpił z niej. Ze złości, że dała się oszukać prostemu chłopcu, ze złości, że on, prosty chłopiec, śmiał oszukać ją, królewnę, nie spała całą noc. Skoro świt pobiegła do młodego ogrodnika i zrobiła mu straszną awanturę.

- Jak śmiałeś tak zakpić ze mnie?

- Naprawdę nie miałem takiego zamiaru. To, co powiedziałem, jest prawdą.

- Milcz. Nie chcę cię wcale słuchać. Ale pamiętaj, nie życzę sobie, żebyś tutaj dalej przebywał. Wynoś się stąd i z mojego ogrodu. Nie chcę, żebyś tu pracował.

- Dobrze. Mogę stąd odejść, jak tylko wyzdrowieję, ale pozwól sobie powiedzieć, że wszystko to, co mówiłem, nie jest kpiną. To prawda.

- A czy tobie chociaż raz ten kwiat się otworzył? - spytała.

- Tak - powiedział. - I to niejeden raz.

- A mnie się nie otworzył.

- Dziwisz się?

To ją doprowadziło do pasji. Nie umiała nic na to odpowiedzieć. Wściekła wybiegła z jego mieszkania. Ale gdy tak podenerwowana wracała do pałacu, zrodził się w niej pewien pomysł:

- Dobrze - powiedziała sobie. - Zobaczymy. Dzisiaj będę idealna. Przekonam się, czy on mówi prawdę, czy też jest kłamcą.

I tak się stało. 0d samego rana, gdy tylko wróciła do swojego pokoju, była bardzo dobra dla wszystkich. Najpierw dla dziewcząt, które pomagały jej się zawsze ubierać, potem dla rodziców przy śniadaniu, dla nauczycieli przed południem. W całym pałacu rozeszła się natychmiast wieść, że z królewną coś się stało. Nie krzyczy, nie awanturuje się, nie rzuca talerzami, nie wyzywa, nie wyrzuca za drzwi. Albo jest chora, albo planuje jakąś większą awanturę. Wszyscy czekali w największym napięciu, do czego, dojdzie. Przy obiedzie obsługujący spodziewali się co chwila, że albo wsadzi im wazę z zupą na głowę, albo ściągnie obrus. Ale ona zachowywała się wzorowo. Po południu odrobiła solidnie zadane lekcje. Dla gości, którzy przyszli z wizytą, była bardzo uprzejma, odgadywała ich życzenia, oprowadzała, objaśniała, tłumaczyła, zabawiała, jak umiała najmilej. Tylko nikt nie wiedział ojej sekrecie. A ona z największym napięciem czekała na nadejście wieczoru. Ledwo słońce zaszło, królewna wymknęła się od gości, udała się do swojego pokoju, nie zapalała światła, żeby jej nikt tam nie odnalazł. Usiadła przy kwiecie i patrzyła w oczekiwaniu na jego pąk. W pokoju zrobiło się mroczno, potem ciemno. Nawet się nie spostrzegła, jak zasnęła. Była zmęczona całym dniem. Obudził ją głos zegara, bijącego godzinę dwunastą. Podniosła głowę opartą o ręce i ujrzała, że stulone płatki kwiatu drgnęły, zaczęły się rozchylać i nagle ukazał się przepiękny kwiat, jakiego nigdy w życiu swoim nie widziała. I gdy tak patrzyła w niego zauroczona, posłyszała delikatną, cudowną muzykę. Kwiat śpiewał. Równocześnie z kwiatu poczęła promieniować jakby poświata słoneczna, którą napełnił się cały pokój. Królewnie zdawało się, że umrze ze szczęścia. Serce waliło jej tak mocno, jakby miało rozerwać jej pierś. Była szczęśliwa jak nigdy w życiu. Porwała się z krzesła i poczęła biec przez komnaty, korytarze, schody, aby powiedzieć ogrodnikowi, że to prawda, że kwiat kwitnie, że kwiat jej się otworzył.

Każdy z nas ma taki kwiat w duszy. I ty też. Kwiat twojego sumienia. Jeżeli wieczorem w twojej duszy jest ciemno, smutno i zimno, to znaczy, że twój dzień, który przeszedł, nie był dobry. A jeżeli wieczorem jesteś szczęśliwy, twoja dusza napełniona jest szczęściem, światłem, muzyką, to znaczy, że twój dzień był dobry.

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: śr sie 29, 2012 6:55 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
"Spotkanie z Miłością"

Zegar nad informacją na Stacji Centralnej w Nowym Jorku pokazywał godzinę za sześć szóstą. Wysoki, młody oficer uniósł swoją opaloną twarz i zmrużył oczy, aby sprawdzić dokładny czas. Serce waliło mu jak młotem, odbierając oddech. Za sześć minut zobaczy kobietę, która przez ostatnie 18 miesięcy zajmowała szczególne miejsce w jego życiu. Nigdy jej nie widział, a jednak jej słowa bezustannie dodawały mu otuchy.
Sierżant Blandford pamiętał szczególnie jeden dzień, najgorszą potyczkę, kiedy jego samolot znalazł się w środku samolotów wroga. W jednym ze swych listów przyznał się jej, że często czuje lęk. Na kilka dni przed bitwą dostał od niej odpowiedź: "Oczywiście, że się boisz... jak wszyscy odważni mężczyźni. Następnym razem, gdy zaczniesz w siebie wątpić, chcę byś wyobraził sobie mój głos mówiący: "Choć idę doliną ciemną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze mną". Przypomniał to sobie wtedy i odzyskał siły.

Teraz naprawdę miał usłyszeć jej głos. Za cztery minuty. Jakaś dziewczyna przeszła obok niego i odwrócił się za nią. Miała ze sobą kwiat, ale nie była to czerwona róża, na którą się umówili. Poza tym dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat, a Hollis Maynel powiedziała, że ma trzydzieści. "I co z tego? odpowiedział jej. "Ja mam 32". Choć tak naprawdę miał 29.

Poszybował pamięcią do książki, którą czytał na obozie terningowym. "O więziach międzyludzkich" - brzmiał tytuł. W całej książce znajdowały się notatki pisane kobiecą ręką. Nigdy nie sądził, że jakaś kobieta potrafi zajrzeć w męskie serce tak głęboko i z takim zrozumieniem. Jej nazwisko znajdowało się na ekslibrisie: Hollis Maynel. Zajrzał do książki telefonicznej miasta Nowy Jork i znalazł jej adres. Napisał. Odpisała. Następnego dnia został zaokrętowany, ale nie przestali do siebie pisywać. Odpowiadała na jego listy przez 13 miesięcy. Pisała nawet wtedy, gdy jego listy do niej nie docierały. Żołnierz czuł, że jest w niej zakochany, a ona kochała jego.

Jednak odmawiała jego wszystkim prośbom, aby przysłać mu swoją fotografię. Wyjaśniała: "Jeśli twoje uczucia do mnie nie mają rzeczywistych podstaw, mój wygląd nie ma znaczenia. Może jestem ładna. A jeśli tak, to wykorzystasz to i będziesz chciał się zaangażować. Taki rodzaj miłości jednak mnie nie zadowala. Przypuśćmy, że jestem zwyczajna (musisz przyznać, że to bardziej prawdopodobne). Wtedy zaczęłabym podejrzewać, że nie przestajesz do mnie pisać tylko dlatego, że jesteś samotny i nie masz nikogo innego. Nie, nie proś mnie o zdjęcie. Kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku, zobaczysz mnie, a wtedy będziesz mógł podjąć decyzję".

Minuta do szóstej. Przekartkował książkę, którą trzymał w ręce. Nagle serce sierżanta Blandforda podskoczyło. Szła ku niemu młoda kobieta. Była szczupła i wysoka. Miała długie kręcone jasne włosy. Oczy błękitne jak niezapominajki, wargi i podbródek zdradzały siłę woli. W jasnozielonym kostiumie wyglądała jak wiosna w ludzkiej postaci.

Ruszył ku niej, nie chcąc zauważyć, że ona nie ma ze sobą róży, a wtedy na jej ustach pojawił się nikły prowokujący uśmiech. "Idziesz w moją stronę żołnierzu?", wyszeptała. Zrobił jeszcze jeden krok. I wtedy zobaczył Hollis Maynel. Stała tuż za tą dziewczyną, kobieta po czterdziestce, siwiejące włosy wystawały jej spod zniszczonego kapelusza. Była tęga. Jej stopy o spuchniętych kostkach tkwiły w wydeptanych butach bez obcasów. Ale przy swoim zniszczonym płaszczu miała przypiętą czerwoną różę. Dziewczyna w zielonym kostiumie szybko odeszła.

Blandford poczuł, jakby miał rozszczepić się na dwoje. Pragnął iść za dziewczyną, równie głęboko tęsknił za kobietą, której duch towarzyszył mu i podtrzymywał w trudnych chwilach. I oto stała tu. Widział jej bladą twarz, łagodną i wrażliwą, szare oczy z ciepłymi iskierkami.

Sierżant Blandford nie wahał się. Jego palce zacisnęły się na egzemplarzu zniszczonej książki, który miał być dla niej znakiem rozpoznawczym. Może nie będzie to miłość, ale na pewno coś szczególnego, przyjaźń, za którą był i musi być jej wdzięczny.

Wyprostował ramiona, zasalutował i wyciągnął książkę ku kobiecie, choć w środku czuł gorycz rozczarowania.
- Jestem sierżant Blandford, a pani jest panią Maynel. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać. Czy wolno mi... czy wolno mi zabrać panią na obiad? Twarz kobiety poszerzyła się w wyrozumiałym uśmiechu.
- Synu, nie wiem o co chodzi - odezwała się - ale ta młoda dama w zielonym kostiumie prosiła, abym przypięła sobie tę różę do płaszcza. Powiedziała, że jeśli zaprosi mnie pan na obiad, to mam panu przekazać, że ona czeka w tej restauracji po drugiej stronie ulicy. Powiedziała, że był to rodzaj próby.

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: ndz paź 21, 2012 8:30 pm 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
Dawno, dawno temu, w pewnym mieście Syrii, kupiec Ali bez Jussuf posiadał śliczną i mądrą papugę, która umiała mówić ludzkim językiem. Trzymał ją w kosztownej klatce o pozłacanych prętach. Pewnego razu, gdy miał wyruszyć w daleką podróż, zebrał wszystkich swych domowników i żegnając się z nimi, powiedział:
- Opuszczam was na długo, jadę aż do gorącego Bengalu, powiedzcie, co wam przywieźć z obcych krajów, jakie macie życzenia, a postaram się je wypełnić.
Żona kupca prosiła o perły różanej barwy, które ponoć znaleźć można tylko w muszlach żyjących w głębinach mórz południowych, synkowie chcieli mieć piłki z indyjskiej gumy, dziewczęta marzyły o wzorzystych szatach tkanych z jedwabiu lekkiego jak mgła poranna.
Kiedy już wszyscy wypowiedzieli swe życzenia, Ali podszedł do klatki z papugą i zapytał:
- A ty, moja pstra przyjaciółko, jaki być chciała otrzymać ode mnie podarunek, gdy wrócę z podróży?
- O mój panie i władco – odpowiedziała papuga – dziękuję ci za wszystko, mam u ciebie jadła i napoju pod dostatkiem, ale skoro już pytasz o to, odważę się przedłożyć ci mą prośbę. Gdy jechać będziesz wielkim traktem wiodącym do stolicy Bengalu od strony północnej, ujrzysz zielone pole ryżowe ogrodzone rządem olbrzymich kaktusów. Na środku pola wyrasta aż do nieba pierzasta palma rodząca słodkie kokosowe orzechy, a w jej koronie żyje liczna rodzina papug. Są to moje krewne. Jeśli chcesz spełnić moje najgorętsze życzenie, o panie mój, to podejdź do tego drzewa i wymów te słowa: „O Papugi Palmowego Liścia! Wasza siostra przesyła wam serdeczne >>salem<< ze swej klatki o pozłacanych prętach, która stoi w domu wielkiego kupca z Damaszku, Alego bez Jussufa. Nie miejcie serc z kamienia! Wy, co możecie latać swobodnie po przestworzach pomyślcie o niej, siedzącej niezliczone dni i noce na jednym miejscu, wspomnijcie swą krewniaczkę, która już zapomniała tchnienia wiatru na wolnym powietrzu, a jej piór zielonych już lat tyle nie wilżył deszcz błogosławiony”.
- Dobrze, uczynię to – rzekł kupiec – nauczę się twych słów na pamięć, bym mógł je wiernie powtórzyć.
I pojechał Ali ben Jussuf w daleką drogę do Indii. Tu sprzedał wkrótce wszystkie towary, które był przywiózł ze sobą na dwunastu wielbłądach i pięciuset jucznych mułach i osłach. Gdy już czynił przygotowania do powrotu i nabywał dary dla swych domowników, przypomniał sobie o przyrzeczeniu danym papudze. Pojechał traktem północnym wiodącym do stolicy Bengalu i już z daleka dostrzegł na środku ryżowego pola otoczonego rzędem wielkich kaktusów palmę wyniosłą jak góra, przewyższającą wszystkie drzewa w okolicy. W jej rozłożystej, pierzastej koronie coś krzyczało, latało, igrało, furczało skrzydłami, coś migotało złotozielono, coś się złociło i czerwieniło. Była to siedziba papug.
- Salem – przywitał Ali Papugi Palmowego Liścia – przywożę wam pozdrowienia od waszej siostry żyjącej daleko w klatce o pozłacanych prętach, która stoi w domu wielkiego kupca z Damaszku, Alego ben Jussufa. Nie miejcie serc z kamienia. Wy, co możecie latać swobodnie po przestworzach, pomyślcie o niej, siedzącej przez niezliczone dni i noce na jednym miejscu, wspomnijcie swą krewniaczkę, która już zapomniała tchnienia wiatru na wolnym powietrzu, a jej piór zielonych już lat tyle nie wilżył deszcz błogosławiony.
Skończył, spojrzał w górę na wierzchołek palmy i aż krzyknął z zadziwienia. Drzewo stało ciche, nie drgnął na nim ani jeden liść, wyglądało jakby obumarłe, a wszystkie jego mieszkanki, przed chwilą jeszcze tak gwarne, rozkrzyczane, rozbawione, leżały nieruchomo na ziemi bez czucia, bez życia.
„Dziwna to doprawdy sprawa – pomyślał Ali – widać ta moja papuga to wielka czarodziejka, musiał czuć gniewa jakowyś do swych krewniaczek i dlatego je uśmierciła tym zaklęciem”.
Wkrótce wrócił Ali szczęśliwie do swego domu. Wielka radość zapanowała w rodzinie. Kupiec rozdał wszystkim piękne dary, żonie perły różowe jak jutrzenka, synkom piłki z indyjskiej gumy, córkom szaty wzorzyste tkane z jedwabiu cieńszego od mgły porannej. Tylko od papugi jakoś dziwnie stronił, nie przywitał jej i odwracał wzrok od klatki z pozłacanych prętów.
Wreszcie papuga ośmieliła go sama.
- O panie mój i władco, wszystkich w domu uradowała twa szczodrobliwość, tylko mnie jedną pominęła łaskawość twoja. Czym obraziłam twe serce, panie, że ani spojrzysz na swą wierną niewolnicę?
- Przesłałem twoje salem Papugom Palmowego Liścia – rzekł Ali z niechęcią – ale niezbadane są wyroki losu, bo zamiast szczęścia, twe pozdrowienia śmierć przyniosły tym, co je usłyszały. Albowiem gdy tylko wypowiedziałem twe słowa, wszystkie Papugi Palmowego Liścia padły martwe na ziemię.
Powiedziawszy to odwrócił się od klatki i już miał wyjść z komnaty, gdy nagle synek jego krzyknął: „Papuga nie żyje! Papuga nie żyje!”
Spojrzeli wszyscy na klatkę i widzą, że papuga spadła ze złoconego pręta, wyprężyła nóżki i znieruchomiała jak martwa.
- Ach – zasmucił się kupiec – jak szkoda, tak ją lubiłem, tak się do niej przywiązałem. Po cóż jej o tym powiedziałem, pewno serce jej pękło, gdy dowiedziała się o śmierci swych sióstr. A ja sądziłem, że to ona je zabiła zaklęciem.
I polecił usunąć papugę z klatki. Wszedł sługa, schwycił ptaka za skrzydła i z rozmachem cisnął przez okno w ogród.
Na to tylko czekała mądra papuga. Gdy znalazła się na wolnym powietrzu, natychmiast rozwinęła skulone skrzydła i pofrunęła hen, daleko na pola i lasy. A stamtąd poleciała jeszcze dalej, aż do ojczyzny swej w Bengali, i połączyła się z rodem Papug Palmowego Liścia, co tak mądrą dały radę swej uwięzionej w klatce siostrze.
Wielka była radość i wielkie święto w papuzim królestwie, a stara palma cieszyła się wraz ze swymi mieszkankami i wesoło szumiała pierzastymi liśćmi.

Baśń syryjska

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Post: wt paź 23, 2012 11:18 am 
Offline
Swoja BABA
Awatar użytkownika

Rejestracja: wt gru 13, 2005 1:27 pm
Posty: 275
Lokalizacja: Dębica, Janie Dębica :)
mojojojo13 pisze:
PRZYJACIELU,

Nie interesuje mnie, jak zarabiasz na życie. Chcę wiedzieć, za czym tęsknisz i o czym ośmielasz się marzyć wychodząc na spotkanie tęsknocie swego serca.

Nie interesuje mnie ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy dla miłości, dla marzenia, dla przygody życia zaryzykujesz, że wezmą cię za głupca.

Nie interesuje mnie jakie planety są w kwadraturze do twojego księżyca. Chcę wiedzieć, czy dotknąłeś jądra własnego smutku, czy zdrady życia otworzyły cię, czy też skurczyłeś się i zamknąłeś bojąc się dalszego cierpienia. Chcę wiedzieć, czy potrafisz siedzieć z bólem, moim lub swoim, nie starając się pozbyć go, ukryć, lub zmniejszyć.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz być z radością, moją lub swoją, czy potrafisz tańczyć z dzikością i pozwolić, by ekstaza wypełniła cię aż po czubki palców, bez upominania nas, że powinniśmy być ostrożni, patrzeć realistycznie na życie i pamiętać o naszych ludzkich ograniczeniach.

Nie interesuje mnie, czy historia, którą mi opowiadasz jest prawdziwa. Chcę wiedzieć, czy potrafisz rozczarować kogoś by pozostać wiernym sobie; czy potrafisz znieść oskarżenie o zdradę i nie zdradzić własnej duszy; czy potrafisz sprzeniewierzyć się, a przez to pozostać godny zaufania.

Chcę wiedzieć, czy codziennie potrafisz dostrzec piękno, nawet gdy nie jest ono ładne i czy potrafisz w jego obecności znaleźć źródło swojego życia.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć ze świadomością porażki, swojej i mojej, a mimo to nadal stać nad brzegiem jeziora i krzyczeć do srebra pełni księżyca: "Tak".

Nie interesuje mnie gdzie mieszkasz ani ile masz pieniędzy. Chcę wiedzieć, czy po nocy pełnej smutku i rozpaczy, zmęczony i obolały, potrafisz wstać i zrobić to, co trzeba, by nakarmić dzieci.

Nie interesuje mnie, kogo znasz i jak się tu znalazłeś, chcę wiedzieć, co jest dla ciebie źródłem siły wewnętrznej kiedy wszystko inne zawodzi.

Chcę wiedzieć, czy potrafisz być sam ze sobą i czy w chwilach samotności takie towarzystwo naprawdę sprawia ci przyjemność.


Jakiś czas temu słuchałam audycji radiowej w której był przeprowadzany wywiad z parą staruszków obchodzących swoje złote gody . Na pytanie prowadzącego jaki jest ich klucz do szczęścia odparli "jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi"
Coś w tym jest ....

_________________
somewhere over the rainbow ...


Na górę
Post: sob lis 24, 2012 9:19 am 
Offline
weteran
Awatar użytkownika

Rejestracja: sob cze 12, 2004 3:35 pm
Posty: 2505
Lokalizacja: Lublin
LEKCJA DLA NAS WSZYSTKICH

Taksówkarz z Nowego Jorku napisał:

Przyjechałem pod adres do klienta, i zatrąbiłem. Po odczekaniu kilku minut, zatrąbiłem ponownie. Był późny wieczór, pomyślałem że klient się rozmyślił i wrócę do "bazy"... ale zamiast tego zaparkowałem samochód, podszedłem do drzwi i zapukałem. "Minutkę!", odpowiedział wątły, starszy głos. Usłyszałem odgłos tak jakby coś było ciągnięte po podłodze...

Po długiej przerwie, otworzyły się drzwi. Stała przede mną niska , na oko dziewięćdziesięcioletnia kobieta. Miała na sobie kolorową sukienkę i kapelusz z dopiętym welonem; wyglądała jak ktoś z filmu z lat czterdziestych.

U Jej boku była mała nylonowa walizka. Mieszkanie wyglądało tak, jakby nikt nie mieszkał w nim od lat. Wszystkie meble przykryte były płachtami materiału.

Nie było zegarów na ścianach, żadnych bibelotów ani naczyń na blacie. W rogu stało kartonowe pudło wypełnione zdjęciami i szkłem.

"Czy mógłby Pan zanieść moją torbę do samochodu?", zapytała. Zabrałem walizkę do auta, po czym wróciłem aby pomóc kobiecie.

Wzięła mnie za rękę i szliśmy powoli w stronę krawężnika.

Trzymała mnie za ramię, dziękując mi za życzliwość. "To nic", powiedziałem, "Staram się traktować moich pasażerów w sposób, w jaki chciałbym aby traktowano moją mamę."

"Och, jesteś takim dobrym chłopcem" , odrzekła. Kiedy wsiedliśmy do samochodu, dała mi adres, a potem zapytała: "Czy mógłbyś pojechać przez centrum miasta?

"To nie jest najkrótsza droga", odpowiedziałem szybko, włączając licznik opłaty.

"Och, nie mam nic przeciwko temu", powiedziała. "Nie spieszę się. Jestem w drodze do hospicjum..."

Spojrzałem w lusterko. Jej oczy lśniły. "Nie mam już nikogo z rodziny", mówiła łagodnym głosem. "Lekarz mówi, że nie zostało mi zbyt wiele..."

Wyłączyłem licznik... "Którędy chce Pani jechać?"

Przez kilka godzin jeździliśmy po mieście. Pokazała mi budynek, gdzie kiedyś pracowała jako operator windy.

Jechaliśmy przez okolicę, w której żyła z mężem jako nowożeńcy. Poprosiła bym zatrzymał się przed magazynem meblowym który był niegdyś salą balową, gdzie chodziła tańczyć jako młoda dziewczyna.

Czasami prosiła by zwolnić przy danym budynku lub skrzyżowaniu, i siedziała wpatrując się w ciemność, bez słowa.

Gdy pierwsze promienie Słońca przełamały horyzont, powiedziała nagle "Jestem zmęczona. Jedźmy już proszę". Jechaliśmy w milczeniu pod wskazany adres. Był to był niski budynek z podjazdem, tak typowy dla domów opieki.

Dwaj sanitariusze wyszli na zewnątrz gdy tylko zatrzymałem się na podjeździe. Musieli się jej spodziewać. Byli uprzejmi i troskliwi..

Otworzyłem bagażnik i zaniosłem małą walizeczkę kobiety do drzwi. Ona sama została już usadzona na wózku inwalidzkim.

"Ile jestem panu winna?" Spytała, sięgając do torebki.

"Nic", powiedziałem.

"Trzeba zarabiać na życie", zaoponowała.

"Są inni pasażerowie," odpowiedziałem.

I nie zastanawiając się kompletnie nad tym co robię, pochyliłem się i przytuliłem Ją. Objęła mnie mocno.

"Dałeś staruszce małą chwilę radości", powiedziała. "Dziękuję".

Uścisnąłem jej dłoń, a następnie wyszedłem w półmrok poranka .. Za mną zamknęły się drzwi - był to dźwięk zamykanego Życia ..

Tego ranka nie zabierałem już żadnych pasażerów.Jeździłem bez celu, zagubiony w myślach. Co jeśli do kobiety wysłany zostałby nieuprzejmy kierowca, lub niecierpliwy aby zakończyć jego zmianę? Co gdybym nie podszedł do drzwi, lub zatrąbił tylko raz, a następnie odjechał?

Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu.

Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia.

Tymczasem Piękne Chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich..

_________________
"Jestem Książę i pewnych tematów nie drążę..."

Miałem k...tyle aut co niektórzy w podpisie, na drugie popularność, na trzecie szacunek - teraz mam rower


Na górę
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat  Odpowiedz w temacie  [ Posty: 72 ]  Przejdź na stronę Poprzednia 1 2 3 4 5 Następna

Strefa czasowa UTC+02:00


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Limited
Polski pakiet językowy dostarcza phpBB.pl